Pamięci Eugenii Anny Wesołowskiej

To była ogromna frajda, kiedy odkryłam, że moimi najbliższymi sąsiadkami będą trzy Anie. Ania z naprzeciwka, Ania zza ściany i Ania zza płotu. Tak je nawet wpisałam do telefonu. Każda inna, a wszystkie wspaniałe. Był czas, że z okazji lipcowej Anny wszystkim kupowałam takie same prezenty, np. trzy broszki, każda nieco inna, bo do innej solenizantki adresowana. Przywoziłam z wakacji takie same drobiazgi, a jak zaczynał się sezon ogródkowy, to nie wyobrażałam sobie werandowej inauguracji bez moich sąsiadek.

Różne były koleje naszej podwórkowej wspólnoty. Kawki, herbatki, ploteczki. Czasem udawało się spotkać w pełnym składzie, czyli w kwartecie, częściej w tercecie lub duecie. Czasami w gronie jeszcze większym, bo i z Marzeną, najmłodszą w naszym sąsiedzkim teamie. Wspólne wyprawy wiosenne po kwiaty do ogródka i do skrzynek. Odgarnianie śniegu. Odchwaszczanie. Wystarczyło, że jedna z nas zaczynała coś robić, za chwilę miała asystę. No, a potem, jak tu nie wypić wspólnej kawy i odrobiny koniaku. Niezapomniana wspólna wizyta u kosmetyczki, po której wyglądałyśmy … na pewno inaczej niż przed wizytą. Wyprawy do sklepu z używanymi ciuchami przy Henrykowskiej. Zakupy u pani Ali, w spożywczym przy Kłosowej. Za każdym razem było tak sympatycznie, że stwierdzałyśmy, że musimy się spotykać częściej, regularniej, co najmniej raz w tygodniu, raz u jednej, raz u drugiej, po kolei. Udawało się przez jakiś czas zachować ten rytuał, a potem coś wypadało i trzeba było zaczynać od nowa.

A teraz jednej Ani już nie będzie. Zmarła ósmego marca. Eugenia Anna Wesołowska. Przeszło dekada wspólnego podwórka i przeszło dekada czegoś więcej niż sąsiedztwo.  

Ania, czyli Pani Profesor Eugenia Anna Wesołowska, to taka nieoczekiwana, dodatkowa, gratyfikacja, jaką otrzymałam od życia w związku z przeprowadzką na Choszczówkę. Nie mogłam sobie wymarzyć lepszego sąsiedztwa. Ona też tak czuła. Bardzo często wspominała, że cieszy się, że tu mieszka, bo ma nas, sąsiadów. Poznałam wspaniałą, niezwykle interesującą kobietę. Ciepłą, z poczuciem humoru. Dobrą, pogodną. Wiele przegadanych godzin. Lubiłam słuchać jej wspomnień, ale lubiłam też ploteczki ze świata akademickiego. Zwłaszcza, że znałyśmy po części tych samych ludzi nauki. Przez jakiś czas bawiło nas sprawdzanie, kto  ma ile lat, rzecz jasna, w celu udowodnienia, że na tyle nie wygląda, tylko na mniej, a częściej na więcej. Ania wyciągała stosowne leksykony, różne: Who is who? I sprawdzałyśmy.

Poznałam różne Anie. Ta pierwsza, lekko mnie z początku onieśmielająca Anna, profesor zwyczajny, kobieta aktywna naukowo i dydaktycznie, ciągle w rozjazdach, jako że pracowała na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i w Wyższej Szkole im. Pawła Włodkowica w Płocku. Prowadziła jeszcze wtedy samochód. I miała w sobie tyle werwy, że trudno było uwierzyć, że jest to kobieta po siedemdziesiątce. Anna oficjalna, Pani Profesor, w mundurku, czyli w stosownym kostiumie i w eleganckiej bluzce, najczęściej białej. Obłożona książkami i notatkami. Wyjeżdżająca na konferencje, publikująca. Dumna z udanych doktoratów swych podopiecznych. Ciesząca się ukończeniem książki o Pawle Włodkowicu, zadowolona z wydaniem kolejnych numerów „Edukacji Dorosłych”. Pani Profesor starannie sprawdzająca prace egzaminacyjne swoich studentów. Klasyfikowanie, tak to nazywała, traktowała bardzo serio. Lubiła swych uczniów. Szanowała tych, co studia musieli łączyć z pracą.

I Ania druga. W stroju z lekka niedbałym, pracująca w ogródku, wynosząca śmieci, sprawdzająca, czy listonosz już coś wrzucił do skrzynki, zapraszająca na lody, na brydża, ciągle odkładanego na później.  Ania ciesząca się każdym wschodzącym kwiatkiem, pierwszymi listkami na krzewach, zakwitającym bzem. Uśmiechnięta, taka do przytulania.  I do pogadania. Pamiętam, jak dopraszałam się, aby pokazała mi, jak wyglądała w młodości. I pewnego dnia wyciągnęła album i ujrzałam sympatyczną  dziewczynę – młodą kobietę. Wszystko się zgadzało. Nigdy natomiast nie pokazała mi kryminałów, które ponoć kiedyś „popełniła”. Wyprosiłam natomiast do przeczytania dwie jej powieści. Obie z wątkami autobiograficznymi. Pierwszą – wspomnienia stron  rodzinnych, domu, rodziców, krewnych.  I drugą – niezwykle wzruszająca opowieść o relacji matki i córki, o wychowaniu, o ich wzajemnej miłości.

Ania bardzo często wspominała dzieciństwo, Wereszczyn, gdzie obok siebie żyli zgodnie (tak Ania o tym mówiła) Polacy, Ukraińcy i Żydzi, gdzie były trzy świątynie: kościół rzymskokatolicki, cerkiew prawosławna oraz bożnica. Z dumą podkreślała, że to jedna z najstarszych miejscowości na wschodzie Polski. I dodawała, że to Gród Czerwieński. Nie byle jaki. Mówiła, że miała bardzo dobre dzieciństwo, kochanych mądrych rodziców. Wspominała swego dziadka Kaczyńskiego. Swoją babcię. Swoich braci i siostrę. Piękny drewniany dom. Ogród. Lasy. Żydowską rodzinę mieszkającą obok. To były takie piękne dziewczyny – mówiła. Szczęśliwe dzieciństwo zostało przerwane okrutną wojną. Niemcy dokonali pacyfikacji wsi. Wymordowali Żydów, nie tylko z Wereszczyna, ale i z innych pobliskich miejscowości. Obrazy tej zbrodni na zawsze zostały w pamięci Ani. Opowiadała i miała łzy w oczach. Wymieniała z imienia i nazwiska swoich żydowskich sąsiadów, których ciała wrzucono do studni w Wereszczynie.  Nie chciała zapomnieć. W tym samym roku, jeśli dobrze pamiętam opowieść Ani, wybuchła epidemia duru brzusznego i tyfusu. Jedną z jej ofiar był ojciec Ani. Zaraził się tyfusem i zmarł po krótkiej chorobie. 

Po wojnie też nie było łatwo.  Ania wspominała stancję u wujka w Lublinie, szkołę średnią, pierwszą pracę nauczycielską w szkole wiejskiej. Był rok 1946, a ona niewiele starsza od swoich uczniów. Potem było małżeństwo, macierzyństwo, studia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie, uwieńczone magisterium z filologii polskiej, a wszystko to połączone z pracą zarobkową. Prawie 30 lat Ania przepracowała jako nauczycielka w szkołach podstawowych i średnich. No i w końcu nadszedł ten moment, w którym udało się Ani połączyć swoje dwie największe pasje: dydaktykę i naukę. Z racji pracy naukowej zaczęła wyjeżdżać za granicę. Mile wspominała pobyt w Paryżu, w Rosji. Wspaniale kreśliła sylwetki poznanych tam ludzi, swych przyjaciół.  Zawsze powtarzała, że bardzo wiele zawdzięcza innym ludziom. Powtarzała: ludzie są dobrzy.

Bardzo ważna była dla niej rodzina, najbliżsi: córki, zięć, wnuk i jego żona, prawnuk. Z dumą mówiła: Ty wiesz, że ja mam już prawnuka.  Nie musiała mówić, jak bardzo są jej potrzebni i jak bardzo ich kocha, bo i tak wiedziałam, że tak jest.

Nie wiem, jak było wcześniej, ale w tym okresie, gdy zamieszkałyśmy po sąsiedzku, Ania spędzała wakacje bardzo aktywnie. Lubiła podróże. O jednej z ostatnich wypraw Ani, do Portugalii, będą mi już zawsze przypominać otrzymane od niej w prezencie sympatyczne, zdobiące moją kuchnię, akcesoria  z kogutem z Barcelos. Szalenie dumna była z zaliczenia jachtowego rejsu wzdłuż wybrzeża Chorwacji. Odbyła tę wyprawę swego życia, bo tak ją określała, w towarzystwie swych córek, Ewy i Zyty oraz zięcia. Z tej czwórki, cytuję za Anią, co najmniej dwie osoby umiały żeglować.  I pływać. Wakacje to także sanatorium w Druskiennikach, do którego wyjeżdżała z córką Zytą, a przede wszystkim dom na wsi, na Lubelszczyźnie, gdzie w bliskości swej wsi rodzinnej odpoczywała w gronie najbliższych. 

Czego nie udało się Ani załatwić na tym świecie? Pewnie wielu rzeczy, ale taki już nasz ludzki los.  Bardzo żałuję, że nie zdążyła napisać książki o swoim kochanym Wereszczynie. Planowała, ale zabrakło najpierw czasu, potem zdrowia.  Ostatnie lata, lata choroby, były bardzo trudne, dla Ani, dla jej bliskich. Ale i w tym okresie zdarzały się dobre chwile.  I je będę też pamiętać.

W poniedziałek pogrzeb Pani Profesor. Później powrót i ciemne okna w domku naprzeciwko. Już bez Ani. Smutne, trudne godziny. Będziemy wspominać Anię, z obowiązkowym kieliszkiem ukochanej przez nią metaxy. Piszę te słowa i słyszę głos Ani: Nie „metaksy”, tylko „metachy”. Co najmniej 5-gwiazdkowej.  

Eugenia Anna Wesołowska – ur. 8.11.1929 roku w Wereszczynie. Pracę doktorską obroniła w 1977 r. Pracowała w Instytucie Programów Szkolnych w Warszawie, początkowo jako sekretarz naukowy, później jako kierownik Zakładu Kształcenia Dorosłych. Kolejne miejsce pracy to Instytut Pedagogiki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Była kierownikiem Zakładu Pedagogiki Porównawczej i Edukacji Ustawicznej, współtwórczynią Akademickiego Towarzystwa Androgogicznego, inicjatorką wydawnictwa „Edukacja Dorosłych” i serii „Biblioteka Edukacji Dorosłych”. Stopień naukowy doktora habilitowanego otrzymała W 1991 r., a tytuł naukowy profesora – w 1996 roku.  W ostatnich latach pracowała w Wyższej Szkole im. Pawła Włodkowica w Płocku. Jest autorką 12 książek, pod jej redakcją ukazało się 21 prac zbiorowych, opublikowała ponad 130 artykułów.

5 comments on “Pamięci Eugenii Anny Wesołowskiej

  1. Kolej życia – pożegnania. Smutne. Ciesz się, że miałaś taka sąsiadkę przez te lata. We wspomnieniach pozostaniecie nadal radosne i życzliwe dla siebie nawzajem.
    PS Nie mam teraz czasu przyglądać się, co tu namodziłaś w szablonie. generalnie to ja nie lubię częstych zmian i jak mi coś się tu przesuwa na monitorze ;-)

  2. Witam

    Na blog trafiłem przypadkowo. Około 8 lat temu byłem u p. Wesołowskiej. Zaprowadził mnie jej przyjaciel, nie żyjący już Henryk Arasimowicz. Wtedy zbierałem materiały na książkę, ale p. Wesołowska wspomniała, że też szykuję wspomnienia. Dalszy kontakt urwał się, gdyż zmarł p. Arasimowicz.
    Ja książkę o Wereszczynie („Wereszczyn. Śladami zapomnianej historii”) wydałem w 2011 r., tj. wydało wydawnictwo scholar. Był to mój początek przygody z książką. Ma ona dużo braków, po prostu wtedy nie zdążyłem wszystkie wątki dokładnie zbadać. Przymierzam się w przyszłości wydać ją ponownie. Mam już w dorobku 6 książek i w trakcie ich pisania znalazłem wiele informacji o Wereszczynie.
    Pozdrawiam

    ps. o Wereszczynie piszę na stronie http://historia.urszulina.net

    1. Witam.
      Rzeczywiście poznaliśmy się kilka lat temu w naszym wiejskim domku w Wereszczynie. Znam Pańską książkę o tej wsi. Mama moja nie zbierała materiałów do historii wsi tylko zasoby archiwalne dotyczące naszej rodziny – bardzo szczególnej w tamtym miejscu i czasie. Była to rodzina „napływowa”, nie chłopska, z historią znaną kilka pokoleń wstecz. Materiały te częściowo zachowały się. Pisała też od młodości pamiętnik, gdzie losy i wsi i rodziny również są obecne ale pamiętnik nie jest przeznaczony do publikacji.
      To, że Mama urodziła się w Wereszczynie to kwestia przypadku – ale tę wieś polubiła, jak się lubi na ogół miejsca swojego dzieciństwa.
      Już nie ma ludzi żyjących, którzy mogliby Pańskie materiały do nowych, bądź powtórnie wydawanych książek uzupełnić i zweryfikować.
      Pozdrawiam, Ewa Wesołowska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *