Rodzinny Plener Malarski

PlenerPlener (fr. en plein air – na świeżym powietrzu) – tworzenie dzieła w bezpośrednim kontakcie z naturą. No i tak właśnie było. Malowaliśmy w otwartej przestrzeni, pod gołym, bezchmurnym niebem. Osłaniani przed piekącymi promieniami słońca przez łaskawe nam piękne drzewa. W otoczeniu gamy zieleni. I malachitowo było, i szmaragdowo, i seledynowo. Butelkowa zieleń się też  się naszym oczom ukazała, i jaskrawa, i zgniła, i wiosenna – żółtozielona, i soczysta jasna trawiasta. A do tego brązy rozliczne, szarości i żółcienie. Niektórzy i fiolet wypatrzyli, i czerwień, i wspaniałe odcienie czerni. I te kształty rozmaite. Pni, liści. I budynki w oddali kuszące do szkicowania. I brzozy nęcące swym pięknem. Cienista aleja.  Drewniane stacje drogi krzyżowej.

Wystarczy? Miejsce akcji rozpoznane? Jeśli tak, to już tylko potwierdzić wypada, że rzeczywiście tegoroczny Plener Rodzinny Galerii B.S. odbył się w parku Instytutu Prymasowskiego Stefana Kardynała Wyszyńskiego, na Choszczówce, przy Świerkowej. Wszystko było tak, jak trzeba. Przenośne lekkie sztalugi, farby, pędzle, płótna, kartony. Rozkładane krzesełka.

Twórczość plenerową spopularyzowali w XIX Francuzi, głównie impresjoniści. Ponoć sprzyjało tej modzie pojawienie się farb w tubkach, no i wynalezienie składanych sztalug. Obowiązkowe były w tamtej epoce parasole, białe, bo dzięki temu odpowiednio rozpraszające światło padające na płótno. My mieliśmy parasole z gałęzi i liści. Też pięknie rozpraszały światło. Farby też były. Akrylowe. I płótna do malowania. I kartony. I kredki pastelowe.

Marta  Konieczny jako głównodowodzącą od strony artystycznej uraczyła nas wykładem o sztuce malowania krajobrazu. Zaserwowała kilka zasadniczych pytań weryfikujących nasze wyczucie perspektywy i umiejętność jej oddawania w obrazie. I dała sygnał do działania.

Uczestnicy pleneru rozpierzchli się po parku w poszukiwaniu jak najlepszego widoku. No i zaczęła się potyczka z kształtami, kolorami, światłem. Poszukiwanie sposobu na oddanie blasku, koloru (tak, koloru) powietrza. Celowe uproszczenie, prymitywizacja mogła uratować skórę, ale ambicja na to nie pozwalała.

Powstało dzieł wiele. I tych dziecięcych, bo dzieci na plenerze dopisały i były niezwykle pracowite i pełne zapału; i tych młodzieńczych, bo swoją reprezentację adolescenci też mieli i w końcu – dzieł dojrzałych, bo dorośli uczestnicy pleneru nie zawiedli i raźno się wzięli do pracy.

Basia Stelmach motywowała; Marta Konieczny doradzała, pomagała rozwiązać problemy techniczne. Obie z założenia koncentrowały się na plusach naszych dokonań, minusy pomijając. Uczestnikom pleneru to, rzecz jasna, za bardzo nie przeszkadzało, wręcz było czynnikiem sprzyjającym swobodzie ekspresji.  Ujęcia tematu były zróżnicowane, percepcja tego samego widoku z gruntu odmienna, tempo pracy tudzież. Wysiłek twórczy oczywisty i udokumentowany na fotografiach. Efekty tego wysiłku również. Do obejrzenia na stronie Galerii B.S.

Pod wieczór, kiedy pędzle zostały wypłukane i odłożone, a ognisko rozpalone, nadszedł czas atrakcji kulinarnych i pogaduszek. Kontemplowanie obrazów, podziwianie, doszukiwanie się głębi, analizowanie zastosowanych technik – oczywiście też było. 

A w niedzielę, czyli dzisiaj, w godzinach przedpołudniowych, można było efekty pleneru obejrzeć i ocenić, na wystawie urządzonej przed Kaplicą Prymasowską. 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *